Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 10

Jak tylko zaczęło robić się jasno zbudziłem Marcina i niemal na siłę wytargałem go ze śpiwora. Jedziemy! Nie ma na co czekać. Oba akumulatory naładowane na maksa, powerbank częściowo też więc nawigacja powinna nas podprowadzić daleko, przynajmniej pod znaki gdzie będzie już widać Polskę. Pamiętam, że do Opola mieliśmy z tej stacji jakieś 600 km. Najkrótsza droga przebiegała jednocześnie przez autostrady więc tak wyznaczyłem trasę. To oznaczało, że mamy czas do północy na zapłacenie winiet. Później poleci mandat. Nie byłem pewien czy Słowacja jest łaskawa dla kierowców motocykli więc tam też opłaciliśmy winietę. Jak się później okazało niepotrzebnie ale trudno.

Wiedzieliśmy już, że nie wolno nam przekraczać 100km i w akumulatorze pozostanie akurat tyle prądu ile potrzeba aby Marcin odpalił swoje moto z rozrusznika. I tak robiliśmy: zbliżamy się do granicy około 100km to zjeżdżamy i zamiana akumulatorów w motocyklach. Była pewna obawa, że motocykl Marcina nie do końca naładowuje akumulator dla mnie i w końcu załatwimy oba akumulatory. Doszliśmy więc do porozumienia, że jak będziemy na stacji to bierzemy coś do picia a w tym czasie akumulator który ma trafić do mojego moto, będzie się ładował z gniazdka. Aby go do końca doładować. Okazało się, że moto Marcina całkiem sprawnie ładuje akumulatory więc ładowarka sieciowa nie miała za dużo pracy.

Odcinkami po niespełna 100 km dojechaliśmy do Polski. Myślałem że się zatrzymam i ucałuję ziemię jak niegdyś zrobił to Papież. Dojechałem jednak do Prudnika (nieco ponad 100 km miał ten odcinek). Tam stanęliśmy na orlenie na normalną orlenowską kawę… mniam! 🙂

Do domu zostało już około 80 km. Zdążyłem do żony zadzwonić, że za nieco ponad godzinę będziemy i ma nam naszykować coś do jedzenia bo padamy na pysk!. Ostatni odcinek robiłem z uśmiechem na ustach. Wiedziałem, że nawet jeśli coś się wydarzy niedobrego to ściągnąć mnie do Opola to już jest pryszcz w porównaniu do tego co miałem rano.

Pod mój blok podjechaliśmy to już byłem w innym świecie. Tak jakby. Gęba mi się śmiała jak małemu dziecku. Zjedliśmy z Marcinem normalny domowy obiad. Przynajmniej tak mogłem się mu odwdzięczyć. Przed wyjazdem opłaciliśmy sobie winiety i Marcin wyruszył w drogę do swojego domu… z Opola do Gorzowa miał jeszcze ładny „kawałeczek” a za sobą już ponad 600 km… ile łącznie w ten dzień? 1000? 1200 km? 

Dodaj komentarz