Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 1

Budzik bez litości obudził mnie po godzinie czwartej. Żona miała wstać ale jedynie obróciła się na drugi bok… w sumie zrobiłbym to samo. Ma się na mnie patrzeć jak robię siku czy myję zęby?

Na śniadanko wciągnąłem konkretną porcję jajecznicy z pieczywem. Wiem z doświadczenia, że to bardzo syty posiłek, który pozwoli mi na nieskrępowaną jazdę przynajmniej do południa. Później mam znaleźć jakąś restaurację i zjeść obiad… ewentualnie rozpocząć wciąganie zawartości jednego ze słoików.

No cóż, zbliża się godzina wyjazdu, trzeba schodzić zapinać torbę i jechać. Marcin już śle jeden SMS za drugim z pytaniem gdzie jestem a ja jeszcze z mieszkania nie wyszedłem 😛

Szybkie pożegnanie z żoną i córką i do garażu. Zapinanie torby mam opanowane do perfekcji więc zajęło mi to mniej niż 3 minuty. Jednym z ważniejszych elementów tej podróży było nagranie jej za pomocą kamerki sportowej przymocowanej do kasku. Być może będzie z tego jakiś film…? Nawet jak nie będzie filmu to trzeba mieć kamerkę „w razie czego”. No to montujemy…

… a takiego wała!!! Uchwyt odkleił się od kasku ale nie ma już absolutnie czasu ani możliwości aby teraz pierdzielić się z kamerką. Dobra, wyjazd z Opola będzie bez kamerki. Po drodze się zatrzymam i kupię jakąś kropelkę czy coś… kamerka poszła w kufer a ja na moto.

Osz mać… VFR800 sama w sobie lekka nie jest. Ale z bagażami to miałem wrażenie, że to samochód, który ktoś postawił na dwóch kółkach. Pomyślałem sobie, że trzeba pozbyć się wagi a najszybciej będzie jak pozbędę się słoików. No nic, jedziemy. Szybki SMS do Marcina, że właśnie wyjeżdżam i w drogę.

Pogoda była przepiękna. Pierwsze kilometry po opuszczeniu domu to było coś pięknego: wschód słońca. Z kilometra na kilometr. Plan był taki, że jadę z Opola do Raciborza a stamtąd na przejście graniczne w Chałupkach. Tyle znam na pamięć, później już niestety muszę zaufać nawigacji. Mam co prawda ustawiony tryb omijania płatnych dróg ale czy to oznacza, że nawigacja będzie mnie pchać w największe zadupia Europy? To mnie martwiło ale nie miałem innych możliwości.

Wyjechałem z Opola ale przepiękny wschód słońca wręcz zmusił mnie do tego abym zjechał na stację paliw w Krapkowicach i tam poszukał jakiegoś szybkoschnącego kleju. Tak też zrobiłem:

Pauza w Krapkowicach

Niestety, kleju na gorąco nie da się przykleić kropelką do kasku. A właśnie z takiego materiału przyszło mi do głowy zrobić sobie podkładkę. No to zostałem bez kamerki i dopóki nie zatrzymam się na dłuższy postój to nie ma szans na naprawę. Na tę chwilę nawet nie miałem za bardzo pomysłu jak to zrobić. A szkoda bo warto uwiecznić taką wyprawę. No nic, jedziemy dalej.

Droga do granicy przebiegła bez najmniejszych problemów. Przed samym wyjazdem z Polski zatankowałem się pod korek… bo ze wstydem przyznaję, że nie tankowałem się wcześniej za granicą i nie wiem jak to tam będzie wyglądać. Poza tym słyszałem, że w Czechach jest drożej niż w Polsce. Może uda się dojechać na Węgry? Tam z kolei podobno jest taniej…

Jedziemy na nawigacji, nie ma innego wyjścia bo tych dróg nie znam. Zdążyłem jedynie wrzucić Marcinowi miejsce przy głównej drodze przed Bratysławą, gdzie moglibyśmy się spotkać. Oprócz tego udostępniłem swoją pozycję szerszej grupie ludzi, aby można było mnie śledzić na żywo. Żona na pewno będzie o tyle spokojniejsza. Jedziemy.

Czechy objechałem praktycznie bez zsiadania z motocykla. po drodze zatrzymałem się jedynie na małe przebieranko bo zaczęło robić się ciepło. Miałem na sobie odzież termoaktywną (bo miało padać i faktycznie troszkę pokropiło). Zjechałem gdzieś w bok, w polną drogę, gdzie było kilka drzewek, żeby nie świecić majtkami w innych kierowców… zapomniałem, że moto swoje waży i zawracanie na polnej drodze nie będzie łatwe. Na szczęście obok było stosunkowo twarde pole, na którym bez większych problemów wymanewrowałem i udało się wrócić na drogę. Zrobiło się luźniej i wygodniej. Miałem też delikatną nauczkę żebym nie wjeżdżał byle gdzie bo mogę się z takiego miejsca nie wydostać.

Nawet nie wiem kiedy wjechałem do Słowacji. Zorientowałem się w pewnym momencie, że na stacjach jest cena w Euro a nie w koronach. Powoli zacząłem dojeżdżać do miejsca, które sam wyznaczyłem jako miejsce spotkania… i okazało się, że jest to na tyle główna droga, że nie ma możliwości się zatrzymać. Marcina oczywiście nie widać. Zatrzymałem się gdzieś dalej, gdzie to już było możliwe i postanowiłem jakoś skontaktować się z nim. Okazało się (takiego dostałem SMSa), że Marcin jest obok Decathlona… bo zapomniał zabrać śpiwora i musi kupić. No to namiar na najbliższy Decathlon i jedziemy. Marcina znalazłem bez większych problemów.

Od teraz jedziemy w dwójkę… ale w każdej chwili możemy się rozdzielić jeśli nasze plany będą się rozjeżdżać w innych kierunkach. Tak sobie mówiliśmy… tylko że obaj nie mieliśmy żadnych konkretnych planów więc po co jeździć osobno? W razie czego mamy dwie głowy i dwie pary rąk do dyspozycji a to zdecydowanie poprawia nasze możliwości przetrwania… przynajmniej moje 😛 Doświadczenia z motocyklem za dużego nie mam, ujeżdżam go dopiero drugi sezon a jest to mój pierwszy poważny motocykl. Wcześniej był junak RS125 a jeszcze wcześniej jakieś Romety za dzieciaka… Osoba doświadczona była więc na wagę złota!

Po chwili rozmowy okazało się, że Marcin praktycznie jechał całą noc z małą pauzę na drzemkę gdzieś na stacji. Był już więc mocno zmęczony. Nie ma więc szans na dojechanie do wybrzeża. Ale to żaden problem bo po co się żyłować już w pierwszy dzień? Postanowiliśmy ruszyć dalej. Miałem rozglądać się za jakąś stacją paliw. Na nawigacji ustawiliśmy jedną z najbliższych miejscówek w Chorwacji jaka była nam znana. Oczywiście znana tylko w teorii bo Marcin dysponował jedynie mapą miejsc dobrych na biwak. Co nas faktycznie czeka na miejscu? – o tym przekonamy się na miejscu.

Pierwsze tankowanie za granicą zaliczyliśmy na Węgrzech. To była jakaś podrzędna stacyjka, z której w Polsce nigdy bym nie skorzystał. Ale Marcin jechał już na oparach więc za dużego wyboru nie było. Zapłaciłem gotówką bo akurat miałem przygotowane kilka tysięcy forintów (na wypadek gdyby potrzeba było coś zjeść lub przenocować na terenie Węgier – była taka opcja). Szczęście w nieszczęściu było takie, że nie miałem świadomości, że w Chorwacji nie zapłacę na stacji w Euro a na koncie mam pustki. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Do Chorwacji wjechaliśmy późnym popołudniem i… nic. Krajobracy podobne do tych jakie mamy w Polsce, jakie były wcześniej w Czechach i Słowacji. Nic czym by się można było zachwycić. No może ze 2-3 stopnie cieplej niż w Polsce, takie odniosłem wrażenie. No nic, jedziemy dalej. Dojazd do naszego miejsca „noclegowego” obejmował konieczność wjechania w drogę szutrową ale dość dobrej jakości więc nie było żadnego niebezpieczeństwa wywrotki.

Miejsce to było bardzo ładne. Niewielkie jeziorko, właściwie staw rybny… a dookoła wędkarze. Właściwie to chyba jakiś klub wędkarski bo mieli swoją budkę, jakiś szyld z nazwą… podpytaliśmy czy możemy skorzystać z kawałka trawy (trochę po Polsku, trochę na migi) i nie było problemów. Okazuje się, że nasze języki są bardzo podobne i mówiąc po Polsku dużą część rozumiano i odwrotnie to samo.

Rozbiliśmy namioty, wszystko na pełnym wypasie (w porównaniu do tego co było później 😛 ). Co prawda liczyliśmy na kąpiel ale wędkarze i jakość wody w stawie skutecznie nam ten pomysł wybili z głowy. Trudno, śpimy „na trola”. Umyliśmy jedynie ręce i twarz wodą z butelki no i nieco przetarłem się chusteczkami nawilżającymi… i to była cała moja toaleta. Poprzebierani w dresy i inne luźniejsze rzeczy połaziliśmy nieco przy brzegu, porobiliśmy zdjęcia  i postanowiliśmy coś zjeść. Marcin miał chleb a ja miałem słoiki. Postanowiłem więc rozpocząć pierwszy ze słoików. Połowę zawartości wylałem do garnka i podgrzałem za pomocą kuchenki turystycznej. Zrobiłem to nie tyle dlatego, że byłem głodny ale żeby pozbyć się chociaż jednego słoika i żeby w końcu przetestować kuchenkę. Kuchenka zrobiła swoją robotę a ja postanowiłem zrobić sobie jeszcze jakąś herbatę.

Dość poważnie rozpakowany musiałem pomyśleć nad zmianą organizacji mojego bagażu. Korekta była niewielka więc zajęło mi to chwilkę.

Poszliśmy spać. Marcin miał za sobą o wiele większą ilość kilometrów więc „odleciał” szybciej niż ja zdążyłem wykonać telefon do żony. Ja miałem nieco więcej sił bo i tak miałem z tyłu głowy plan dojechać aż nad samo wybrzeże. Przypomniałem sobie o kamerce i nad jakimś sposobem na zamocowanie kamerki do kasku.

Dodaj komentarz