Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 2

Z wędkarzami umówieni byliśmy, że zawiniemy się stamtąd „rano”… czyli równie dobrze o 5 rano jak i o 9 rano. ja się przebudziłem jakoś szybciej, chyba siku mnie pogoniło. Na szczęście wędkarze okazali się bardzo dobrze przygotowani na nas 😛 bo niedaleko mieli zorganizowany wychodek. Papier miałem swój więc pełen luksus!

Marcin oczywiście spał jak zaklęty. Ja zdążyłem się spakować i naprawić mocowanie kamerki – jak się później okazało, najlepszy sposób z jakiego do tej pory korzystałem: trytytkami na około kasku! Trzymało jak wściekłe do samego końca sezonu! Ale powróćmy do tamtego miejsca i czasu. Na śniadanko postanowiłem sobie zapodać drugą połowę zawartości słoika. Tym samym pozbyłem się jednego słoika i w bagażu zrobiło się delikatnie luźniej… znaczy plan się sprawdza! Po śniadanku przyszła pora na kawę. W międzyczasie porobiłem trochę zdjęć i pokręciłem nieco ujęć do filmu, w końcu kamerka uruchomiona więc coś z tego będzie 🙂

Jak tak sobie popijałem kawkę, przebudził się Marcin. Wygramolił się z namiotu, po cichutku żeby mnie nie obudzić, patrzy… a ja w pełni spakowany i uśmiechnięty 😀 Na spokojnie zjadł śniadanie ale zdaje się, że nie wypił kawy bo kazał mi szukać jakiejś kafejki po drodze.

Na pierwszej stacji tankowanie. Podobnie jak w Polsce: lejesz paliwo do zbiornika a później idziesz zapłacić… i się okazało, że Chorwaci ani nie chcą patrzeć na Euro!!! A ja w kieszeni ani pół kuny! Na koncie pusto bo to sobota, wypłata dopiero po południu w poniedziałek! Zapłacić za mnie musiał Marcin… ale mi było wstyd… najgorsza była świadomość, że do poniedziałku jestem całkowicie bez pieniędzy! Wcześniej mijaliśmy market gdzie był kantor… ale mając euro w kieszeni komu by przyszło do głowy kupować jakieś kuny… ech, człowiek stary i głupi…

Z moim szukaniem jest tak, że to czego szukam zauważam w ostatniej chwili albo wcale. Wybór jest taki: ostro hamować i zjeżdżać albo pojechać dalej i zawrócić. O kafejce to zapomniałem całkowicie (bo w przeciwieństwie do Marcina nie jestem kawoszem i kawa z rana nie jest mi potrzebna… zapomniałem!). W lusterku zauważyłem tylko jak Marcin skręca na Statoil. Zatankowaliśmy się kilka kilometrów wcześniej więc nie chodziło o paliwo… 😉

Pierwsze zderzenie z bałkańską rzeczywistością: na stacjach paliw nie kupi się kawy! To nie polski Orlen! Obok sklepu Statoil (w tym samym budynku) była niewielka kawiarenka – i tam już kawa była, jak najbardziej. Niestety, ja bez pieniędzy, nie chciałem bardziej naciągać Marcina. Ale za dużo nie miałem czego żałować, bo kawa była wielkości naszego polskiego Espresso. Jak się później okazało, kawa z mlekiem była niewiele większa. W całej Chorwacji było tak samo!!!

Zbliżaliśmy się do pasma górskiego. A to oznaczało tylko jedno: za tymi górami jest Adriatyk, czyli cel naszej podróży. Fajnie to wygląda na mapie. W rzeczywistości jest ponad 100 km górskich winkli do pokonania. My na motocyklach, górskie winkle… marzenie! Ale tylko w teorii bo było po deszczu i cały syf jaki mógł spłynąć z gór był na asfalcie. Jazda wyglądała jak w zimie po lodzie. Pod koniec naprawdę miałem serdecznie dość górskich dróg.

Przed samym miasteczkiem Senj wypatrzyłem miejscóweczkę z niewielkim parkingiem i całkiem niezłym widokiem na Adriatyk. Był on jeszcze ładnych kilka kilometrów przed nami ale na nas i tak zrobiło to już gigantyczne wrażenie. Temperatura była już zdecydowanie odczuwalna. Lało się z nas jak z prosiaków na rożnie. Nie pomagało ściągnięcie z siebie wszystkiego co tylko dało się ściągnąć, za wyjątkiem kombinezonu.

Wjechaliśmy do Senj. Droga poprowadziła nas wprost nad wybrzeże, na rondo obok jakiejś stacji paliw. Tam się zatrzymaliśmy i postanowiliśmy w końcu nacieszyć nasze oczy. A widok jest przepiękny: góry, których zbocza wpadają wprost do morza. Na zboczu gór poprowadzone są drogi dalej na południe, praktycznie cały czas winklami i od czasu do czasu tunelami. Non stop przepiękne widoki.

Ustawiłem nawigację na jakiś kantor wymiany walut. Mapa pokazała mi miejscowość Karlobag. Okazało się, że jest to jakiś bank… który jest w weekendy zamknięty!!! No cóż… upodleni nieco (ale za to z dużą ilością euro w kieszeni) postanowiliśmy poszukać jakiegoś noclegu bo miejscowość całkiem sympatyczna a już było późne popołudnie. Postanowiłem przetestować jedną z opcji: wynajęliśmy sobie apartament. Za apartament płaci się w Euro więc nie było z tym problemów. Zwłaszcza, że za nas dwóch zapłaciłem 35 euro. Niby dość dużo ale weźmy pod uwagę, że warunki są domowe. A tego właśnie chciało moje przepocone ciało – kąpieli!

Zanim jednak wziąłem się za pranie, kąpanie itd., postanowiliśmy iść na plażę. Szybkie przebieranko w coś luźnego i idziemy. Wziąłem wszystko… za wyjątkiem ręcznika, kąpielówek i butów do wody… no kuźwa po co mi to na plaży!!! 🙁 Jedyne co mogłem zrobić to wejść po kostki do wody. Dalej były jeżowce i bez butów nie warto było ryzykować. Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z Adriatykiem 🙁

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu, gdzie za pieniążki Marcina zakupiłem zapas wody na następny dzień. Wieczorkiem kąpanie, pranie… i spanie. Naprawdę dziwne uczucie (pozytywne) jak po takiej tułaczce człowiek kładzie się w normalnym łóżku…

… ale tułaczka była dopiero przed nami!

Dodaj komentarz