Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 3

Z właścicielką byliśmy umówieni, że do 10ej rano się zawiniemy. No i tak to sobie zaplanowałem: poranna kąpiel (bo nie wiadomo kiedy następna 😛 ) jakieś śniadanko i pakowanie się. W czasie jak ja zażywałem kąpieli, do naszych drzwi zapukała właścicielka (około 8ej rano) i przyniosła dwie kawy (w normalnej wielkości kubkach!!!) i po jednym pączku. Pewnie chciała się upewnić, że nie śpimy 😛 Tak się zastanawialiśmy z Marcinem, czy aby nie dostaniemy za chwilę do zapłaty za te pączki i kawę bo to podobno popularny numer w innych zakątkach świata. No ale zjedliśmy i wypiliśmy. Naprawdę rewelacyjne pączki i znakomita kawa! 

Pakowania nie było dużo i przed 10tą byliśmy już wyprowadzeni i na motocyklach. Z rana trochę padało i zapowiadało się na kolejny deszcz. Pani właścicielka zaproponowała mi szmatkę abym sobie przetarł szybkę a Marcin od razu powiedział żebym nie odmawiał bo może to być źle odebrane. Przetarłem więc szybkę, podziękowałem i z uśmiechem na ustach ruszyliśmy dalej na południe. Goniła nas jakaś burza albo przynajmniej deszcz..

Dopadł nas ale to był niegroźny deszcz i w zasadzie nieco nas odświeżył. Po około pół godzinie deszczyk sobie przeszedł dalej a my postanowiliśmy jechać dalej. Bez nawigacji, po prostu przed siebie. W sumie bardzo fajny plan. Miał tylko jedną wadę: droga zaprowadziła nas do drogi płatnej. Przed nami pojawiły się bramki. Ani mi, ani Marcinowi nie uśmiechało się wjeżdżać na autostradę i jeszcze za to płacić. Szybka organizacja na mapach i okazało się, że mamy dwie opcje: przejechać kilka kilometrów bezdrożami albo cofnąć się jakieś 50km. Pomyślałem sobie, że nie ma co kombinować, po prostu wjedziemy sobie kilka kilometrów powolutku, szutrami… co może się stać?

W sumie niewiele: można się wypieprzyć :/ Stromy podjazd po kamieniach plus masa pojazdu zrobiły swoje i moja piękna Halinka została nieznacznie porysowana. Szkoda, bo do tego momentu miałem naprawdę znakomity humor. Ale dało mi to do myślenia: trzeba na przyszłość zmienić opony przed takimi wyjazdami. Najlepiej zmienić motocykl. no i w moim przypadku średnio opłacało się omijać bramki, taniej byłoby wjechać na płatną drogę :/

Nasz kolejny nocleg był w miejscu „na dziko” ale miejscóweczka była obczajona przez innych wcześniej, więc praktycznie jechaliśmy na gotowe. Naprawdę wspaniałe miejsce. koniec jakiejś drogi szutrowej, później gruntowej. Na końcu jakiś zaniedbany pomost do jeziora. Całkowicie na odludziu więc nikt nam nie będzie przeszkadzał.

Jezioro dysponuje idealnie czystą wodą, niestety słoną bo częściowo miesza się z Adriatykiem. Pewnie dlatego takie czyste. Oczywiście postanowiliśmy się wykąpać.

Jak się tak beztrosko pluskaliśmy jakiś człowiek z łódki coś tam do nas krzyknął ale nie zrozumieliśmy więc podpłynął bliżej. Popatrzył na nas i nasze motorki, zapytał skąd jesteśmy… co spłętował z wielką zadumą na twarzy: „… Polacy to bardzo odważni ludzie. Węży się nie boją…”

… pół sekundy później byliśmy na brzegu 😛

Namioty mieliśmy już rozstawione. Kolacja, czyli kolejny słoik, zjedzona. Więc jedyne co nam zostało to odpoczywać. Niestety, po zachodzie słońca pojawiły się nie wiadomo skąd komary. W takiej ilości że miałem wrażenie, że chcą nas zamordować. Całkiem serio, zmuszeni zostaliśmy do ewakuacji do namiotów. Ognia nie chcieliśmy palić. O ile biwak na dziko jest do wybaczenia to otwarty ogień w miejscu gdzie jest sporo suchej ściółki i jakiś las, na pewno zwróciłby na nas uwagę. W ten sposób zakończyliśmy trzeci dzień wyprawy. Wiem, nudno. Ale węże w wodzie i komary w powietrzu skutecznie uniemożliwiły nam odwalenie jakiegoś numeru 😛

Dodaj komentarz