Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 4

Rano na szczęście komarów już nie było. Standardowo dokończyłem słoik i postanowiliśmy jechać… co tak będziemy siedzieć i się gapić na jezioro… 😛

Marcin zaproponował abyśmy podjechali do jego znajomych, którzy właśnie przebywali z rodzinami na wakacjach, niedaleko. Mi tam dwa razy nie trzeba mówić. Zwłaszcza, że jeden z nich to mechanik, który utrzymuje moto Marcina. Nie żeby mojemu coś dolegało ale jeśli rzuci okiem to się nic nie stanie… 😛

Ale się zainstalowali! Wzięli sobie apartament w jednej z bocznych uliczek w Zaboticu. To znaczy z głównej drogi trzeba było zjechać w boczną, później z tej bocznej w bok (w boczną) i tak kilka razy. A VFR800 do zwrotnych motocykli nie należy, zwłaszcza zawalona bagażami… Ale się w końcu znaleźliśmy 🙂

Wypiliśmy normalną polską kawę, drugą i ostatnią normalnej wielkości (nie licząc tych, które sami sobie zrobiliśmy). Niby nic a banan na twarzy 🙂

Pobieżne oględziny mojej VFR-ki nie przyniosły żadnych niepokojących wieści (pewnie sobie pomyślał „ale złom” tylko głośno nie powiedział 😛 ).

Nasze plany na resztę dnia były takie, że odwiedzimy Medjugorie (taki bośniacki odpowiednik naszej uświęconej Częstochowy). Obiecałem żonie, że podjadę zobaczyć co tam jest i porobię zdjęcia. No to jedziemy. Przed tą właściwą trasą postanowiłem w końcu znaleźć jakiś kantor i wymienić euro na kuny. Teraz jestem gość 🙂

Trasa przebiegała wgłąb lądu więc piękne widoki się skończyły. Ale te mniej piękne też nie były najgorsze. W końcu to teren górzysty lub wyżynny, w zależności od miejsca. Po drodze Marcin postanowił znaleźć jakąś piekarnię żeby kupić chleb. I znalazł… prawdziwy skarb jeśli chodzi o tanie sklepy z jedzeniem: pekarnica (nie mylić z „pekarna”!). To co tam znaleźliśmy sprawiło, że poopadały nam kopary do samej ziemi. Wypieki wszelakie: od jakichś prostych chlebów aż do wyszukanych ciast. Wziąłem dla siebie kawałek pizzy na miejscu i jeden „zawijaniec” (do dzisiaj nie wiem jak to się nazywa) na wynos. Chwilę później poleciałem po drugi kawałek pizzy i najadłem się do syta! Ile zapłaciłem? – około 20 kun za wszystko. Najadłem się do tego stopnia, że to co wziąłem na wynos (miało być na kolację) zostawiłem sobie na śniadanie.

Do Medjugorie dojechaliśmy bez problemów. Trochę trudniej było znaleźć „właściwy obiekt” czyli kościół. To nie jest taki kościół, że z daleka go widać. Wielkość tego kościoła określiłbym co najwyżej jako średni (w skali tych, jakie można znaleźć w Polsce). Jeden z pracujących tam polaków podpowiedział nam gdzie mamy jechać żeby bezpłatnie zaparkować. Z resztą, polaków tam jest więcej niż bośniaków więc żadnego problemu nie ma jeśli potrzeba się o coś zapytać. Sam kościół na mnie za dużego wrażenia nie zrobił ale jeśli ktoś jest głęboko wierzący to myślę że warto.

Niestety, temperatura była zabójcza… a my w kombinezonach! To skutecznie popsuło nam humory i zniechęciło od zwiedzania kolejnych „świętych miejsc”. W drodze powrotnej bardzo niedaleko znajdują się wodospady Kravica. Moim zdaniem miejsce obowiązkowe jeśli ktoś jest w okolicy. Wstęp na teren tego wodospadu (bo to jest jeden duży wodospad) jest płatny ale nie pamiętam, żeby to było jakieś drogie (jakby było to bym zapamiętał! 😛 ). Skorzystaliśmy z kąpieli, nie tylko dlatego że było nam gorąco ale ubranie powoli zaczęło się kleić do skóry… dwa dni wcześniej 😛

Nieco odświeżeni i z dobrymi humorami postanowiliśmy wrócić na teren Chorwacji. Uzależnienie od Internetu się odezwało 😉 Właśnie ze względu na brak tego internetu nie mogliśmy znaleźć żadnej miejscówki na dziki biwak. Po powrocie do Chorwacji okazało się, że miejsc w tamtej okolicy było kilka i spokojnie można było tam nocować… tylko wcześniej trzeba było te miejsca sobie wprowadzić do mapy… 😛

No nic, robi się późno i trzeba gdzieś przekimać. Nie ma parcia na apartament bo trochę się wykąpaliśmy pod wodospadem. Jak pech to pech… w okolicy była jedna sprawdzona miejscówka ale przy drodze i raczej dla kampera niż dla motocyklistów. Nie było czasu na dojechanie do kolejnego miejsca, trzeba było znaleźć coś samemu. Poszedłem więc kilkadziesiąt metrów dalej (po zboczu do góry) i znalazłem nieduży gaj oliwny. Akurat żeby tam się schować i przenocować! I tak zrobiliśmy. Wpakowaliśmy motocykle między drzewka i tyle 😛

W sumie miejscówka bardzo fajna i przyjemna… gdyby nie to że to pole było czyjeś 😛 Gdyby nie to, że w każdej chwili ktoś mógł przyjść to naprawdę można by się nieźle zrelaksować. Niestety, nie było już czasu na szukanie innego miejsca bo słońce już zaszło i zaczęło się ściemniać. Nie bawiliśmy się w rozstawianie namiotów. Ja jedynie nadmuchałem sobie materac żeby nie spać na dość kamienistym podłożu. Marcin pozostał w gotowości do natychmiastowej ewakuacji i rozwinął jedynie śpiwór.

Przed położeniem się spać zjedliśmy owoce zakupione przez Marcina na jednym ze straganów po drodze… jakie to było dobre… 🙂

Dodaj komentarz