Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 5

Wstaliśmy o świcie, jeśli można mówić o śnie. Bardziej martwiłem się o to czy ktoś nie nadejdzie niż o to czy się wyśpię. Jak już trzeba było wyprowadzać motocykle to… wypieprzyłem się z moto. Na drugi bok. Chyba po to żeby było po równo. Marcin pomógł mi go podnieść. Strat w sumie nie widać poza wgniecionym kierunkowskazem ale to nic. Nic się nie połamało i nic nie odpada. Kufer się odpiął i była obawa czy będzie się trzymał ale wszystko jest ok. W końcu wyjechaliśmy.

Plan na dzisiaj: Dubrownik – perła Adriatyku. Musimy tę perłę zobaczyć. Koniecznie. Droga jak zwykle przepiękna. Jak ktoś był to wie, że  żeby dojechać od północy do Dubrownika to trzeba przeciąć w jednym miejscu Bośnię (dwa razy trzeba przejechać przez granicę). Nie pamiętam w którym konkretnie miejscu ale w pewnym momencie widzę jak Marcina nosi po całej drodze i usiłuje on zjechać na pobocze. „Pewnie gumę złapał” pomyślałem sobie i kilka metrów dalej znalazłem miejsce żeby zawrócić. Gdy podjeżdżałem obok Marcina zauważyłem, że walczy on ze swoimi spodniami usiłując je jak najszybciej ściągnąć… „Ale sobie znalazł miejsce na sranie” – pomyślałem sobie. Niestety, to co sobie ze spodni wytrzepał mnie po prostu przeraziło. Nie dlatego że to było brzydkie ale dlatego, że wiedziałem co to jest: skolopendra!

Dla tych, którzy nie wiedzą czym grozi ugryzienie dorosłej skolopendry: mniej więcej to samo co ukąszenie żmiji. Czyli obumieranie tkanek, zarażenie i ścięcie krwi. Nie leczone natychmiast może skończyć się amputacją kończyny lub nawet śmiercią. Na szczęście Marcin nie jest uczulony na jad owadów więc zapodał sobie wapno z wodą… na razie musi wystarczyć. Szybka konsultacja z lekarzem w Polsce spowodowała, że lekarz zbladł jak doczytał co za zwierz dopadł Marcina a później nas uspokoił, że odmiana Skolopendry występująca w Chorwacji jest wyjątkowo mało jadowita: mniej więcej tyle co 10 użądleń osy. Niemniej jednak mamy to obserwować a w razie jakby to zaczęło źle wyglądać to mamy w te pędy zapieprzać do lekarza z tego terenu bo w Polsce za dużo się o tym nie wie. No więc gacie na tyłek i jedziemy dalej 😛

Jadąc do Dubrownika od strony północnej koniecznie trzeba się zatrzymać przed mostem na parkingu po prawej stronie (ciężko  nie zauważyć). Jest tam znakomite miejsce widokowe na Adriatyk oraz na panoramę Dubrownika. My mieliśmy szczęście bo akurat było w porcie kilka wycieczkowców… i to takich, które wcześniej widziałem gdzieś tam na filmach!

Po krótkiej przerwie postanowiliśmy podjechać pod samą bramę wejściową do starego miasta. Wcześniej na mapach googla wyczaiłem, że jest tam duży parking dla jednośladów więc nie powinno byc problemów…

… tyle że każdy centymetr tego parkingu był już dawno zagospodarowany przez skutery! Pokręciliśmy się nieco po mieście szukając jakiejś miejscówki – wszystko zajęte! jak już w końcu znaleźliśmy dwa wolne miejsca to przestraszyła nas cena na parkometrze: 40 euro za godzinę!!! No kuźwa, aż tak bardzo nie chce mi się oglądać tego Dubrownika. Marcin włączył swoje mapki i znalazł jakiś bezpłatny parking. Pojechaliśmy i faktycznie jest taki! Po zaparkowaniu miałem tylko jedno życzenie: wskoczyć jak najszybciej w krótkie ubranie i klapeczki. Nie patrząc na przechodniów zmieniłem ubranie na luźniejsze 😛

Teraz możemy iść na zwiedzanie 🙂

Stare miasto w Dubrowniku zaiste robi wrażenie. Wejście jest bezpłatne co dla nas polaków nie było takie oczywiste. Miałem wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie o ładnych kilka stuleci wstecz. I nie jest to jedynie kilka budynków. To jest całe miasteczko!

Łazić tam można cały dzień. I właściwie do późnego popołudnia sobie tam łaziliśmy. Wróciliśmy do motocykli ale przed samym wyjazdem postanowiliśmy podejść jeszcze do marketu. Był w zasadzie kilka kroków od parkingu więc bez problemów. W markecie, niestety, uświadomiłem sobie, że nie mam w kieszeni kilku banknotów. Straciłem ponad 200 kun. Nie wiem jak i gdzie. Może zgubiłem a może mi ktoś ukradł… nie wiem. Humor mi się niestety bezpowrotnie do końca dnia popsuł, ale cóż… moja wina.

Trzeba było znaleźć jakieś miejsce noclegowe. Marcin na swoich magicznych mapach znalazł takie miejsce w okolicy. Prowadziła do niego bardzo wąska droga, kręta, pod górę. Na górze skończył się asfalt i trzeba było nieco poszutrować ale nie było tragedii. Po dojeździe na miejsce ukazała nam się panorama Dubrownika. Okazało się, że jest to bardzo popularne miejsce widokowe.

Trafiliśmy akurat na zachód słońca więc ludzi było od groma. No właśnie… a my szukamy ustronnego miejsca na dwa namioty. Poza tym wszędzie kamienie, ani pół metra kwadratowego bez kamieni. jak już ludzie sobie poszli to się szybko okazało, że mimo wszystko są tacy, którzy przychodzą tam sobie na spacer już po zachodzie słońca… nie ma więc mowy żeby akurat tam spać.

Wypatrzyłem jednak drogę szutrową, która odchodzi w bok i znika gdzieś za drzewami kilkadziesiąt metrów dalej. Tam nikt nie chodził. Poszedłem tam. Okazało się, że jakieś 150 metrów dalej jest malutki zagajnik ze stosunkowo ogromniastym trawnikiem (miejscem gdzie nie było kamieni). Tam przenocowaliśmy. Bez namiotów, na gołej ziemi, jedynie wbiłem się w śpiwór i nadmuchałem poduszeczkę pod głowę. Nie miało to za dużo wspólnego z komfortem ale nie było już czasu na szukanie czegoś innego.

Dodaj komentarz