Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 6

O świcie zawinęliśmy się stamtąd. Nie zważając na ludzi, którzy przyszli na wschód słońca zjechaliśmy w dół do głównej drogi. W związku z tym, że nasze „zawijanie się” z tego miejsca w którym spaliśmy, było dość szybkie i chaotyczne, postanowiliśmy wjechać na najbliższą stację i na spokojnie się dopakować.

A gdzie jechaliśmy? Po obejrzeniu mapy stwierdziliśmy, że warto dopisać do naszej listy odwiedzonych państw Czarnogórę. W końcu do Czarnogóry z Dubrownika jest dosłownie „parę kilometrów” więc głupio by było teraz zawrócić. Jak zaplanowaliśmy tak zrobiliśmy.

Po wjeździe do Czarnogóry zacząłem szukać miejsca, gdzie można wypić kawę i ewentualnie coś zjeść. Długo szukać nie musieliśmy. Zatrzymaliśmy się obok jakiejś lokalnej restauracji gdzie oprócz kawy zamówiliśmy sobie po zestawie śniadaniowym… jak się później okazało BARDZO bogatym zestawie! Było pieczywo, po dwie kiełbaski z grilla, solidna porcja jajecznicy… nie wiem jak Marcin, ale ja byłe przejedzony. I tu moje zdziwienie: w Czarnogórze płaci się w Euro! Kraj ten przyjął tę walutę pomimo tego, że nie jest w UE. Nie wiedziałem o tym wcześniej dlatego moje zdziwienie było spore. Ale ok, Euro u mnie dostatek! Zaraz obok był lokalny sklep spożywczy więc przy okazji postanowiliśmy zrobić zakupy, ze szczególnym uwzględnieniem wody bo ta mi się kończyła.

Kilka chwil wcześniej, w czasie śniadania doszliśmy do wniosku, że pojedziemy jeszcze dalej i zaliczymy Albanię. Nie wzięliśmy pod uwagę ilości kilometrów jakie mamy do pokonania… ale co tam. Jedziemy! 🙂

Marcin miał pewien plan: zaliczyć pewne winkle. Doszliśmy do porozumienia, że pojedzie sobie na te winkle w drodze powrotnej. Ja zrezygnowałem po tym jak zobaczyłem je na mapie. Od razu miałem w głowie wolną szutrową dróżkę po jakimś zboczu, z jednej strony ściana a z drugiej przepaść… nie, to nie na moje możliwości. Miałem nadzieję, że jak będziemy wracać, to już będzie zdecydowanie za późno i Marcin zrezygnuje.

W związku z tym, że zaplanowaliśmy sobie na ten dzień BARDZO ambitną trasę i ilość kilometrów była znaczna, po prostu cisnęliśmy do przodu, bez zbędnego zatrzymywania się. Trasa do Albanii przebiegała bez problemów. Dojechaliśmy do miasta Szkodra… i pierwsze co mi się rzuciło w oczy to meczety. Myślę sobie: „no stary, lepiej żeby oni nie dowiedzieli się, że jesteś żołnierzem, który wcześniej walczył w Iraku i Afganistanie”. po prostu to muzułmanie a muzułmanie raczej ze sobą trzymają… i żołnierzy tzw. koalicji raczej nie lubią. Delikatnie mówiąc.

Kupiliśmy sobie po słusznej porcji owoców na drogę i w stronę Chorwacji. Znowu ta sama historia: aby jak najszybciej dojechać do Chorwacji. Niestety, droga powrotna nie była już taka łatwa. Trafiliśmy na wypadek a co za tym idzie objazd. Niestety, moje mapy googla bez internetu zwariowały i nie były w stanie wyznaczyć nowej trasy więc jechaliśmy tak trochę „na pałę”. W pewnym momencie Marcin stwierdził, że jednak jedzie na te winkle i pojechał. Nie wiem skąd on wiedział gdzie jest bo ja nie wiedziałem. Umówiliśmy się tak, że ja będę w Chorwacji szybciej i w związku z tym mam dla nas znaleźć miejsce do spania. Najlepiej w apartamencie bo już od kilku dni się nie kąpaliśmy się a nasze kombinezony już powoli przestały wsiąkać nasz pot… :/

Kompletnie nie wiedziałem gdzie jestem. Mapy googlowskie bez internetu nie były w stanie wyznaczyć mi nowej trasy. Niemniej pokazywały moje położenie na mapie a to już dla mnie była wystarczająca informacja. jak dojeżdżałem do jakiegoś skrzyżowania, na którym trzeba było gdzieś skręcić to po prostu zatrzymywałem się, patrzyłem na mapę „w prawo czy w lewo”, do jakiego miasta mam dojechać i tak jechałem. Niestety, trafiłem jeszcze na dwa inne wypadki… nie wiem jak ale w końcu wjechałem do Serbii…

Pomyślałem sobie, że „jakby za bardzo jestem na północy”. Znalazłem jakąś stacje paliw, gdzie było darmowe wifi. Napisałem do Marcina na messengerze informację, że są problemy i być może on będzie przede mną w Chorwacji więc jak to zobaczy to znaczy, że ja jeszcze nie dojechałem. Przy okazji mapy googlowskie znalazły mi trasę do Dubrownika – bo umówiony byłem z Marcinem, że w tej południowej części wybrzeża będziemy szukać noclegu.

Jakoś dojechałem do Chorwacji. Mogłem włączyć się do sieci i przy okazji do mobilnego internetu. Odczytałem wiadomośc od Marcina, że on też się zgubił i że jak wjedzie do Chorwacji to napisze… a że jeszcze nie napisał to znaczy że jestem przed nim. Odpisałem mu że rozpoczynam poszukiwania noclegu i udostępniłem mu swoją lokalizację. Jak znajdzie się w Internecie to będzie widział gdzie jestem.

No nic, szukam jakiegoś miejsca do spania. Trafiłem na parking przed Dubrownikiem, ten sam z pięknym widokiem. Na takich parkingach najszybciej można znaleźć jakiś apartament. Taaa… tylko że to Dubrownik i o przystępnych cenach „zapomnij pan”. Najtańszy koleś jakiego znalazłem oferował jakiś apartament za jedyne 60 euro za nie mniej niż 2 doby… czyli po 60 euro na głowę i byliśmy uwiązani przez jedną dobę do Dubrownika… nie mówię, że to była zła propozycja ale nie miałem kontaktu z Marcinem i nie chciałem bez jego wiedzy obciążać go 60 euro. W najgorszym wypadku napisałby mi że on „dziękuje i prześpi się na dziko” i musiałbym płacić te 120 euro sam… zrezygnowałem. Postanowiłem pojechać bardziej na północ i w jakiejś małej miejscowości poszukać czegoś co prawdopodobnie będzie tańsze…

Nie wiedziałem tylko jednej rzeczy: jadąc na północ nie jestem atrakcyjny dla ludzi oferujących apartamenty. Jestem dla nich po prostu osobą wracającą z wakacji i w moją stronę nie ukazywały się tabliczki z napisem „apartmeni”. Zdziwiony faktem, że nie ma żadnych ofert apartamentów jechałem i jechałem na północ… aż wjechałem do Bośni. No nic, nie ma sensu się wracać więc jadę dalej, trudno. Nie wiem jak długo jechałem ale w końcu zauważyłem, że słońce zaczyna chować się za horyzontem. Myślę sobie „jest źle”. Za kilka minut zrobi się ciemno a ja nie mam pojęcia gdzie będę spać. nie mam już też siły żeby jechać dalej bo od świtu jestem na moto. Z Marcinem nie mam żadnego kontaktu… „zatrzymuję się w pierwszej lepszej miejscowości i biorę to co jest, cokolwiek to jest, nawet jak miałbym za to sam zapłacić”. Miałem małą nadzieję, że trafi się jakiś kemping. Trafiło się jednak coś innego: „Jezera Rooms”. Coś pomiędzy hotelem a pokojami gościnnymi.

Cena… 210 kun za dobę od osoby.  Myślę sobie, że dalej nie ma sensu jechać bo Marcin nie da rady tam dojechać. Wysłałem mu wiadomość na messengera o swojej lokalizacji, kilka zdjęć żeby nie błądził… i do kąpieli!

Warunki jak na tą cenę określiłem w tamtym momencie na mizerne. Miałem co prawda do dyspozycji pokój 3-osobowy tylko dla siebie ale łazienka była wspólna dla całego korytarza. Nie wiem czy oprócz mnie tam jeszcze ktoś nocował, nie zaobserwowałem tego. Powiedziałem jedynie sobie, że obsłużę się maksymalnie. Czyli pranie brudów, kąpiel itd. Jak zaplanowałem tak zrobiłem i właścicielka nawet nie wyjrzała żeby zobaczyć co się dzieje. Miałem trochę prania więc zajęło mi to ponad godzinę. Nie miałem siły szukać sznurka więc porozwieszałem to gdzie popadnie. Przed snem spojrzałem tylko na messengera żeby zobaczyć czy Marcin się odezwał. Nie odezwał się czyli prawdopodobnie nie ma go w Chorwacji. Pewnie śpi gdzieś w Czarnogórze.

Zanim zasnąłem zacząłem się zastanawiać nad tą całą wyprawą a szczególnie nad dzisiejszym dniem. Co prawda miałem zaliczoną Czarnogórę i Albanię… tak, byłem tam. Ale co z tego mam? W sumie niewiele. Po prostu tam byłem. Nic więcej. Ale może zmęczony jestem. Trzeba się wyspać bo jutro jedziemy na północ, najdalej jak się da.

Dodaj komentarz