Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 7

Nie żałowałem sobie snu. Spałem chyba do 8 rano. Jakby nie poranne siku to bym spał jeszcze dłużej. Sprawdziłem messengera i jest! Marcin się odezwał czyli jest już w Chorwacji. Pewnie teraz potrzebuje kilku godzin żeby do mnie dołączyć… nie ma się gdzie spieszyć 🙂

Zrobiłem sobie kawę w normalnym kubeczku. Zarówno kubki jak i kawa w saszetkach była w pokojach więc postanowiłem maksymalnie wykorzystać to co było do mojej dyspozycji. W końcu za to nie mało zapłaciłem! Usiadłem sobie przed hotelem (? – nie wiem jak to nazwać) i powolutku sączyłem kawkę delektując się każdym łykiem.

Miałem jeszcze jakieś owoce i jakieś pieczywo więc… zjadłem ile się dało zagryzając jakąś bułką. Niecodzienny to był posiłek przyznaję, ale coś trzeba było z rana zjeść a nie byłem przygotowany na nic innego. Popijając sobie kawkę, będąc już całkowicie spakowany (bagaże na motocyklu, tylko klucze zdać), zadzwonił do mnie Marcin i mówi, że jechał do mojej lokalizacji ale mnie nie zauważył i chyba przestrzelił i pojechał dalej. Jest jakieś 7km przede mną! W miejscowości Gradac. Siedzi w kafejce i spija kawcię w towarzystwie znanej nam kelnerki. Pamiętam tę kafejkę właśnie ze względu na tę kelnerkę… miała specyficzną fryzurę i nieziemski uśmiech… 😉

No i znowu jesteśmy razem! 🙂 Napiszę szczerze: nieswojo czułem się sam tak daleko od domu. W dwójkę po prostu raźniej i dla samego samopoczucia nie warto jeździć samemu.

Plan na dzisiaj? Jeśli o mnie chodzi to cisnę na północ tak daleko jak się da, najlepiej do Senj gdzie mam plana wziąć jakiś apartament i przebimbać 2 noce. Po prostu jeden dzień chcę się całkowicie zresetować przed podróżą do Polski. No bo mam cichego plana wystrzelić z Senj do opola za jednym razem. prawie 1000 km i to nie po autostradach! 🙂

Plan przekazałem Marcinowi do wiadomości i w sumie się z nim zgodził… za wyjątkiem dwóch malutkich szczegółów:

  1. Marcin całą noc jechał i jedyne co go trzyma przy życiu to ta kawa którą właśnie kończył;
  2. Nie odpuści Sveti Jure (taka góra);

Więc ja pojadę na północ udostępniając swoją lokalizację a on do mnie dołączy. Kuźwa… dopiero się znaleźliśmy a znowu mamy jechać osobno… ale naprawdę mam już szutrów po dziurki w nosie. Nie ten motocykl i nie te opony. Ale postanowiłem jakiś czas pojechać z Marcinem w stronę Sveti Jure a później po prostu odbiję w bok i pojadę inną drogą. Chciałem przetestować inną drogę niż ta przy morzu. Może i tam jest coś ciekawego?

Jak się szybko okazało droga na te Sveti Jure wcale nie była taka łatwa jak mi się wydawało. Szybko zrobiło się wąsko a asfalt się skończył. Zawrócić nie było jak bo z jednej strony przepaść a z drugiej ściana skalna. Szerokość tej dróżki jakiś jeden metr, bez żadnych zabezpieczeń więc naprawdę… były momenty że miałem ochotę stanąć i płakać. Ale jechałem i dojechałem do jakiejś drogi, normalnej asfaltowej. Nawigacja pokazała mi, że za kilkaset metrów znowu trzeba odbić w bok na tę górę… więc ja podziękowałem i Marcin pojechał sam.

Jak wcześniej zaplanowałem, pojechałem do wewnątrz lądu. Słyszałem, że jest tam nieco tańsze paliwo co przy cenie około 6 zł/l za 95tkę na wybrzeżu było ciekawą perspektywą. Jechałem i jechałem. Mijałem tylko jakieś pojedyńcze domy, niektóre opuszczone. jakość asfaltu była skrajnie różna od tego z wybrzeża – dziura na dziurze. Ale jadę dalej, może mam pecha i trafiłem na taką okolicę. Przejechałem jakąś przełęcz górską a za nią to samo… prawdziwe pustkowia! Chaszcze i lasy. Najmniejszych śladów stacji paliw nie zaobserwowałem a poziom paliwa zaczął niebezpiecznie spadać. Myślę sobie, że jak tu mi się paliwo skończy to jestem „w ciemnej d…”. Zatrzymałem się, spojrzałem na mapę i wyznaczyłem sobie najbliższą trasę do drogi wzdłuż wybrzeża…

Żeby tam dojechać musiałem przejechać jakąś przełęcz górską ale co tam, ważne żeby po prostu wydostać się z tego zadupia i zatankować. Tym razem nawigacja mnie nie zawiodła i po około pół godzinie znowu byłem na wybrzeżu. Niemal od razu znalazłem się na stacji Statoil, gdzie uspokoiłem swoje sumienie tankując pod korek. Teraz już nie zbaczam z drogi i po prostu cisnę w stronę Senj.

Dojechałem do Senj pod wieczór. Słońce jeszcze nie zachodziło ale było grubo po południu. Tak się zastanowiłem chwilkę: „a co będzie jak nie znajdziesz apartamentu?”. Przecież jadąc od Dubrownika wiele godzin nie było ludzi z tabliczkami… no i rzeczywiście, przejechałem niemal całe Senj dojeżdżając do ronda se stacją, od której zaczynaliśmy podróż wzdłuż wybrzeża… i nic, ani jednej osoby z tabliczką! Kuźwa, to nie możliwe żeby niczego nie było! – jadę sprawdzić jeszcze raz. Jak tylko ruszyłem z powrotem (na południe! 😉 ) od razu wyskoczyło mi dwóch facetów z tabliczkami. Zjechałem. Wiedziałem, że co by to nie było, muszę to wziąć. Ale resztkami sił udałem średnio zainteresowanego. Przede wszystkim „jaka cena?” – 60 euro za dobę bez względu na ilość osób. Myślę sobie „po 30 na głowę ale…” Marcina nie ma i nie wiadomo czy dzisiaj będzie bo on przecież nie spał w nocy a mi nie uśmiecha się płacić tyle kasy tylko za siebie (dwie doby to 120 euro!). Powiedziałem gościowi, że kilkadziesiąt metrów dalej stoi osoba, która oferuje apartament za 50 euro i chyba do niej pojadę… od razu cena 45 euro… razy dwa to 90 euro. No to nie 120! 😉 Nie jest to taniutko ale biorę, nie mam tak na prawdę innego wyjścia bo powoli robi się wieczór.

Dojazd do tego apartamentu to była masakra. Pomimo tego, że nie było szutrów, był wszędzie asfalt, miałem wrażenie że za moment motocykl podniesie przednie koło i mnie nakryje! A to wszystko przez to, że droga prowadziła w górę zbocza. Nie serpentynami tylko na wprost! Wzniesienie o spadku grubo ponad 30 % a ja cisnę na półsprzęgle na jedyneczce za gościem na skuterze… który ma potrzebę co kilkadziesiąt metrów się zatrzymać żeby zobaczyć czy się nie zgubiłem. I weź teraz rusz z miejsca pod taką górę! Ale jakoś wyjechałem i nawet się nie wyjebałem, co w tych warunkach należy zaliczyć na MEGA sukces 😛

Obejrzałem sobie ten apartament… i byłem w szoku! To było całe piętro jednego z domów. Dwie potężne sypialnie, do tego pokój dzienny z dużym telewizorem (w którym nie było czego oglądać 😛 ), duży taras z widokiem na miasto. Oczywiście w pełni wyposażona kuchnia oraz łazienka z pralką, co w apartamentach nie jest takie oczywiste!

Znalazłem w jednej z szuflad trochę proszku do prania, więc mój kombinezon wraz z innymi brudami wylądowały w pralce. Sam wskoczyłem w spodenki i klapeczki. Postanowiłem się rozgościć i zrobić zakupy. Okazało się, że bardzo duży market mam kilkadziesiąt metrów w dół. No to na zakupy!

Kupiłem jakieś pieczywo i jakieś paszteciki na kolację. Do tego wziąłem jakąś kawę z nadzieją, że trafię w tę z kafejki (bo bardzo mi smakowała pomimo tego, że nie jestem kawoszem). Do tego miałem zamiar kupić do domu jakieś dobre wino ale to co było w markecie raczej nie zachęcało do zakupu… więc odpuściłem na rzecz owoców. Na następny dzień zaplanowałem sobie niecodzienne śniadanie: makaron z jakimś sosem gotowym… wiecie „wylać ze słoika i podgrzać”. Znalazłem jedno i drugie bez problemów. W razie czego miałem jeszcze jeden słoik gotowego jedzenia z Polski, chociaż wolałem tego nie otwierać bo trochę już mi to zbrzydło, chciałem zjeść czegoś innego. Jakieś słodycze, solidny zapas wody… i zrobiły się z tego 4 reklamówki zakupów!

Moja droga powrotna to ten sam podjazd, który kilka godzin wcześniej zdobywałem na VFR. Zasapałem się jak świnia więc postanowiłem zrobić pauzę w połowie drogi i nagrać ten podjazd.

A co z Marcinem? Nie było sensu do niego dzwonić bo on nie ma interkomu więc nie ma możliwości odebrać rozmowy telefonicznej w czasie jazdy. Wysłałem mu wcześniej lokalizację… ale czy trafi? Czy w ogóle dojedzie? To nie mały kawałek a on od kilkudziesięciu godzin jedzie bez przerwy… mam wątpliwości. Uzasadnione bo otrzymałem wiadomość od Marcina, że „pada na pysk” i nie ma szans na to żeby dojechać bo ma do mnie ładnych kilkaset kilometrów. No nic, pierwszą dobę płacę w całości sam. Ale nic to, jest pięknie 😉 Ostrzegłem tylko Marcina, że minęła mnie dość brzydka chmura i niedługo może spodziewać się deszczu.

Dodaj komentarz