Chorwacja 2018 – dzień po dniu

Dzień 8

Na drugi dzień rano obudził mnie telefon: Marcin właśnie wjeżdża do Senj. Czy trafi na nawigacji pod dom? Jest trochę tych uliczek, zdecydowana większość to bardzo strome podjazdy… no lepiej żeby za dużo nie błądził a szczególnie żeby nie musiał zawracać.

Zanim zdążyłem coś na tyłek założyć usłuszałem ryk V4 z VFR… Marcin się wspina! Niestety nie zdążyłem. Przejechał i gdzieś pojechał. Ale czekam dalej. Po kilku minutach słyszę że robi drugie podejście. Ja stałem w takim miejscu, że z której strony by nie jechał to musiał mnie widzieć. Zobaczył mnie i dałem mu znać gdzie skręcić. Udało się! 🙂

Okazało się, że Marcin rozłożył się na plaży. Był tak zmęczony że było mu wszystko jedno czy komuś to przeszkadza czy nie. W środku nocy obudziła go „moja chmurka”, która doszczętnie zalała mu śpiwór. Nie miał gdzie się schować więc po około 2 godzinach snu wsiadł na motocykl… i jechał całą noc, a jakże! 😉

Zobaczył apartament i zdaje się, że też był pozytywnie zaskoczony. Tym bardziej że obaj mieliśmy do dyspozycji po jednej całej sypialni, w których były ogromniaste łóżka małżeńskie. Marcin tylko się wykompał, zaległ… i tyle. Odpłynął i nie było z nim kontaktu. Ale niech śpi. Nie spał praktycznie dwie noce. 48 godzin wcześniej wyjeżdżaliśmy z okolic Dubrownika w stronę Albanii a teraz jesteśmy w Senj… ile to kilometrów w 48 godzin? 🙂

Miałem go obudzić koło południa ale gdzie tam, zero kontaktu, śpi jak zabity. Niech sobie śpi. Ja w tym czasie dokończyłem pranie drobniejszych rzeczy, poprawiłem położenie telefonu (który w czasie jazdy robił za nawigację – przełożyłem go z kierownicy na uchwyt pod szybą) i tym samym poprawiłem sobie komfort jazdy. Przeleciałem też wszystkie kanały jakie są tam w TV (telewizja cyfrowa naziemna)… i NIC nie znalazłem. Kompletnie ani jeden kanał nie nadawał się do oglądania. jakbym włączył „niewolnicę Isaurę”, na każdym kanale. Nawet kanały muzyczne mnie odstraszyły bałkańskimi klimatami… no nie przepadam za tym…

W końcu się przebudził i wstał! Było jakoś po 14ej więc o „wyspaniu się” nie było mowy ale jakoś mógł funkcjonować do końca dnia. Przypomniałem sobie, że mam na dzisiaj makaron z gulaszem, więc w te pędy do kuchni i gotować! Makaron wyszedł nie dogotowany a „gulasz” zamienił się w wodniste nie wiadomo co… ale Marcin kulturalny człowiek, powiedział że bardzo smaczne… tak, na pewno 😀

W związku z tym, że do rana nigdzie się nie wybieraliśmy, postanowiliśmy pozwiedzać Senj, na piechotę. Naszym celem było miejsce w centrum napezeciw portu, w okolicach hotelu, pod parasolkami… tylko wleźliśmy nie w tą drogę co trzeba i wyszliśmy na wylocie Senj. Zrobiliśmy niezłe kółko ale w końcu trafiliśmy. Docelowo mieliśmy znaleść jakąś lokalną knajpę, gdzie dają typowo Chorwackie jedzenie. jak takie miejsce znaleźć? – trzeba zapytać kogoś kto tutaj mieszka…

Wpadliśmy na pomysł, że pójdziemy do kafejki, zamówimy sobie po kawie i po chwili podpytamy kelnerkę o taką knajpę. Plan udał się w 100% a nawet lepiej, bo kelnerka napisała nam na serwetce nazwę tej restauracji i odprowadziła nas najdalej jak mogła i wskazała kierunek gdzie mamy iść. Kilkaset metrów dalej byliśmy na miejscu. Samodzielnie raczej byśmy tam nie trafili, nie ma takiej możliwości. Miejsce słabo odwiedzane przez turystów, raczej przez lokalsów… i o to nam chodziło!

Wewnątrz klimat jakby za chwilę miał wejść Franek Dolas. Tym razem muzyka bałkańska pasowała do sytuacji. Kelnera poprosiliśmy po prostu o jakies danie typowo Chorwackie. Zaproponował kilka pozycji, wybraliśmy „coś”, nie do końca wiedząc co. Dodatkowo Marcin wziął sobie „zupę z krowy” czyli po naszemu rosół wołowy. Nie wiem jak smakował ale Marcin był zachwycony. Generalnie kuchnia Chorwacka jest zbliżona do naszej, z tym że wszędzie gdzie to możliwe wciskana jest słodka papryka. ja się tak „nadziałem” na kiełbaskę z marketu: wydawała się pięknie wysuszona, znakomity kolor… a okazało się, że wewnątrz jest zwykła kiełbasa przemielona z papryką. Smak niecodzienny. Nie jestem w stanie powiedzieć czy dobra czy nie. Po przełknięciu pierwszego kęsa stwierdziłem że nie jest źle i zjadłem ją do końca więc nie było tragedii.

Ale wróćmy do naszej restauracji. Kelner przyniósł danie główne, zamówiliśmy z Marcinem to samo więc były dwie takie same porcje… nie do przejedzenia przez największego głodomora! Jeden wielki szaszłyk, na którym było na przemian mięso, żółty ser i… oczywiście że papryka! Samego mięsa było chyba z pół kilo! Do tego rodzimy chlebek i kilka rodzajów sosów. Nie ma szans na zjedzenie wszystkiego, nie ma takiej opcji!

Potwierdziła się wersja kelnera, że wszystkie produkty pochodzą od okolicznych rolników, bezpośrednio. To faktycznie było mega świeże i mega smaczne! Już dawno nie jadłem tak dobrego jedzenia. W ogóle trzeba zaznaczyć, że jedzenie w Chorwacji jest bardzo wysokiej jakości. Wszystko co kupowałem zawsze było świeże i niesamowicie smaczne… a może ja po prostu byłem zmęczony i głodny?

Z restauracji wyszliśmy nie najedzeni tylko obrzarci. Ja wiedziałem że wszystkiego nie wcisnę więc pieczywo tylko skosztowałem kawałeczek a skupiłem się na mięsiwie, które było zrobione… MEGA!

Do wieczora pozostało jeszcze kilka godzin ale postanowiliśmy, że zrobimy jeszcze szybkie zakupy na dzisiaj wieczór i na jutro, po czym odpoczniemy sobie na tarasie przy piwku. Tak zrobiliśmy. Marcin oczywiście szybciutko rozpoczął nadrabianie zaległości odnośnie snu. Następnego dnia miałem plan wyruszyć jak najszybciej i w miarę możliwości szybko i bez zbędnych pauz dojechać aż do Opola. Marcin jest z Gorzowa Wielkopolskiego więc nie ma szans dojechać tam w jeden dzień. To będzie ciężki dzień… jeszcze  nawet nie wiem jak bardzo!

Dodaj komentarz