Przesiadka z VFR800 FI na Triumph Tiger 1050

Tutaj znajdziesz nasze propozycje odnośnie ekwipunku na wyjazdy, zasad itp.
Awatar użytkownika
szymekdan
Administrator
Administrator
Posts w temacie: 1
Posty: 392
Rejestracja: 30 marca 2016, 14:02
Motocykl: Triumph Tiger 1050 2011
Lokalizacja: Opole
Zodiak:
Kontakt:

Przesiadka z VFR800 FI na Triumph Tiger 1050

#773

Post autor: szymekdan » 12 lipca 2021, 13:06

Skąd pomysł na Triumph???

Witajcie
Do przesiadki doszło już jakiś czas temu bo w 2019 roku. Tak więc na Triumphie jeżdżę już ponad 2 lata - piszę to w połowie lipca 2021 r. Dlaczego o tym piszę tak późno? Po prostu wcześniej nie znałem Triumpha i chciałem nim dłużej pojeździć aby go poznać. Po miesiącu czy po dwóch wszystkiego się o motocyklu nie dowiemy. Nie chciałem być kolejnym recenzentem motocykla, który zrobił na nim kilkaset kilometrów i "już wszystko wie". Moim zdaniem o motocyklu w pełni mogą wypowiedzieć się ich wieloletni użytkownicy. Nie da się bowiem w kilka dni zobaczyć jak się motocykl zachowuje po większej przerwie, jak reaguje na zmianę oleju, czy "pali olej", czy ma jakieś słabe punkty na które należy zwracać uwagę itp.
Ale od początku. Znacie tę zasadę, że dopiero trzeci motocykl to będzie ten właściwy? Ja wcześniej miałem dwa inne i za każdym razem jak kupowałem moto to miał być on już tym na lata... tak, akurat!

Junak RS125

Tak, w 2018 roku w kwietniu zakupiłem sobie takiego Junaka aby sprawdzić siebie. A konkretnie sprawdzić czy to moje zainteresowanie to jest jeszcze coś warte czy może to już tylko miłe wspomnienia z lat młodości. Okazało się, że zakup tego Junaka to był bardzo dobry pomysł. Po pierwsze te konkretny model to jest naprawdę bardzo dobry sprzęt, który niczym nie ustępuje poważnym konstrukcjom, oczywiście w podobnej klasie pojemności. Pod względem jakości użytych materiałów i rozwiązań niczym nie ustępuje japońskim odpowiednikom. Trudno się temu dziwić skoro jest to po prostu Yamaha CB125F tyle że z innym logiem - ta sama fabryka i ta sama linia produkcyjna. Ale nie o tym. Przed zakupem miał to być motocykl do pracy i ewentualnie gdzieś na weekend za miasto. "Po co mi coś innego? Przecież te 90km/h w zupełności mi wystarczy!" - taaa, jasne. W lipcu byłem już na kursie prawa jazdy kategorii A. We wrześniu byłem już posiadaczem... Hondy VFR800!

Honda VFR800
Przesiadka z Junaka 125cc na VFR800 to nie był dobry pomysł. Ale miał to być motocykl na asfalt (bo za bezdrożami nie przepadam), na lata. A Internet wręcz się rozpływa w pozytywnych opiniach na temat VFR800, zwłaszcza z roczników 1998 - 2001, czyli FI. Do tego opinie w Internecie, że jak ktoś ma rozum to może od razu kupić litra, po co się rozdrabniać. I tym sposobem stałem się posiadaczem VFR800 - z roku 1998.
Cóż... życie zweryfikowało to bardzo dotkliwie. Po pierwsze przesiadka z Junaka 125cc na VFR800 to był mały dramat. Motocykl o wiele bardziej ciężki. Miałem wrażenie, że zabiję się na pierwszym zakręcie. Skręcać nie chciał, chciał tylko jechać prosto. Musiałem więc ogarnąć co to jest "przeciwskręt" i to szybko. Dla kogoś kto jeszcze chwilę temu jeździł na małym Junaczku to nie była prosta sprawa. Ale oczywiście się ani nie zabiłem. I opanowałem VFR800. Ale jestem zdania, że to nie powinno tak wyglądać i mogłem sobie zrobić krzywdę. Tak więc dzisiaj jak ktoś mnie pyta czy ze 125cc można od razu kupić sobie coś dużego to od razu ma odpowiedź: NIE. Po drodze jakaś 500tka albo ewentualnie 600tka i to niezbyt narowista. W moim przypadku jazda na VFR to była walka z motocyklem. W czasie jazdy było bardzo fajnie bo mocy już nie brakowało. Natomiast masa motocykla to już inna sprawa. Na parkingach leżał niezliczoną ilość razy. Gwóźdź do trumny mojej przygody z VFR800 przybiły dwie rzeczy: kolizja z samochodem a ostatecznie wycieczka do Chorwacji. Przygoda z samochodem była taka, że wyjechał mi z prawej strony a ja miałem ułamek sekundy na reakcję. Odruchowo zacisnęła się ręka na hamulcu przednim i moto elegancko położył się na boku - klasyczna sytuacja. Od tego momentu jak słyszę, że ludzie popełniają błędy kładąc motocykl na boku... ludzie! Kto o zdrowych zmysłach kładzie motocykl w czasie jazdy na boku! To zwyczajnie wina niewłaściwych odruchów, braku umiejętności i braku ABS. Nikt takich rzeczy nie robi specjalnie!
Druga rzecz to była kilkunastodniowa wycieczka do Chorwacji. W czasie tej wycieczki wyszły z motocykla wszystkie jego wady, których wcześniej być może nie zauważałem:
- pozycja pochylona może i fajna na torze ale beznadziejna w czasie wielogodzinnego podróżowania. Mięśnie na plecach miały dość dźwigania ciężaru mojej głowy i kasku już po pierwszym dniu (kilkanaście godzin na moto). Później było tylko gorzej. A zaznaczam, że i tak w moim egzemplarzu miałem podniesioną kierownicę!
- masa motocykla z bagażami jest nie do przyjęcia. Położenie czegoś takiego (o co bardzo łatwo!) i mamy kilka minut niezłej mordęgi żeby zdjąć bagaż i to podnosić.
- Zjazd z głównej drogi i wjazd w kręte uliczki ze sporymi wzniesieniami... tylko się zatrzymać i zacząć płakać. Motocykl zwyczajnie nie miał skrętu żeby niektóre zakręty zrobić na raz. Jak przyszło mi kilka razy zawracać to było to przedsięwzięcie na miarę treningu na siłowni (240km masy własnej na sucho + bagaże... grubo ponad 300kg!) Jeśli droga była w miarę równa to wystarczyło zejść z motocykla i go zapchać. Gorzej było w sytuacji jak droga była na wzniesieniu. To niemal równało się wywrotce. Próba przejazdu przez "skrót", który prowadził drogą nieutwardzoną zakończył się położeniem motocykla i połamaniem bocznego plastiku. To mnie już niemal na pewno uświadomiło, że VFR800 i turystyk to dwa inne motocykle. W połowie wycieczki zwyczajnie miałem dość dalszej jazdy i mordowania się z tym motocyklem.
Wisienką na tym torcie była totalna awaria ładowania w okolicach Zagrzebia - spalony stator i regulator napięcia. I weź teraz dojedź do Opola. Przy dużej pomocy kolegi to się udało. Wymienialiśmy się na akumulatory co około 100km i tak dojechałem do domu. Inaczej czekałaby mnie laweta i nie wiem nawet jakie koszty takiej zabawy. Po powrocie i kilku dniach odpoczynku naprawiłem zasilanie i motocykl wylądował w ogłoszeniach. Dzisiaj jeździ gdzieś w okolicach Oświęcimia i nowy właściciel jest bardzo zadowolony (tak pisze, mam z nim kontakt).

No i trzeci motocykl. Tym razem kupowałem nie oczami ani sercem. Nie patrzyłem tez na opinie internautów bo i tak każdy chwali swoje (chyba tylko ja jestem jakiś dziwny bo tego nie robię). Szukałem motocykla, który nie miałby wad VFR800:
- musi mieć gmole lub możliwość ich założenia (ciekawe dlaczego...?);
- pozycja za kierownicą musi być wyprostowana lub zbliżona do wyprostowanej;
- z mocy silnika nie chciałem rezygnować więc coś powyżej 100KM ale nie za dużo bo ekonomia też jest ważna;
- na bezdrożach musi się lepiej czuć niż VFR800FI. Aczkolwiek do tej pory nie zamierzam pchać się na dłużej w bezdroża. Tylko tyle żeby gdzieś dojechać do miejsca gdzie można rozbić namiot i przenocować, nic więcej;
- jeśli będzie możliwość to coś co nie jest tak ciężkie;

Olałem całkowicie opinie internautów bo poprzednim razem pozytywna opinia o VFR800 zaprowadziła mnie donikąd. Teraz zostało mi tylko włączyć jakiś portal z ogłoszeniami i znaleźć coś co spełnia te moje wymagania. Jakby nie patrzeć w grę wchodziły raczej motocykle o pojemności litra bo te o mniejszej pojemności raczej nie oferowały mocy powyżej 100KM. A nawet jeśli się taki trafił to był to sport, który trzeba było wysoko kręcić żeby jechał. Poza tym miałem już powyżej uszu bocznych plastików. Naprawdę. Trafiło na coś w stylu Hondy CBF1000 albo Suzuki Vstrom1000. Jednak oba te motocykle maja dwie wady: są ciężkie i za wysokie. Ale wśród ogłoszeń zobaczyłem Triumph Tiger 1050, który według opisów i specyfikacji dokładnie wpisywał się w to czego szukałem. Trochę się obawiałem Triumpha bo w Internecie naprawdę ciężko znaleźć jakieś rzetelne informacje na temat tej firmy. Do tego żaden z moich znajomych nie dysponował takim Triumphem żeby się do niego przysiąść. W Internecie są dostępne jedynie pochlebne opinie co wydało mi się dość podejrzane bo do tamtego momentu nie wyobrażałem sobie, że mogą istnieć motocykle, które nie mają żadnych wad. Pojechałem na oględziny i potencjalny zakup trochę w ciemno, znając jedynie to co w specyfikacji i garść opinii z Internetu. Na miejscu okazało się, że motocykl nie tylko jest niesamowity jeśli chodzi o wygląd ale bardzo pozytywnie mnie zaskoczył oddawaniem swojej mocy. W VFR800 miałem moc od 3500obr i od razu była to spora moc, która ciągnęła motocykl w przód jak mała bestyjka. W Triumphie było inaczej, łagodniej. Moto ciągnie od samego dołu, nie potrzebuje żeby go wkręcać i jeśli się nie odwinie to można nim jeździć na na Junaku. Takie miałem wrażenie. Masa tego motocykla gdzieś przy asfalcie, zero zagrożenia że przechylę go za mocno i poleci. Prowadzenie motocykla, skręt... po prostu marzenie! Gmoli przy zakupie nie miałem ale to była pierwsza rzecz jaką zamówiłem po zakupie. Tego motocykla nie mogłem nie kupić. Wrażenia z jazdy po prostu genialne! I tak mam do dzisiaj więc to raczej nie było chwilowe zauroczenie. Poprzedni właściciel pokazał mi swój nowy nabytek i był to również Triumph więc to nie mógł być motocykl, z którego ten właściciel nie był zadowolony. To ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba to brać!

Po zakupie oczywiście do serwisu na przegląd i ewentualne wymiany zużytych elementów bo motocykl już był wtedy 7 letni, aczkolwiek tylko 19 tys na liczniku. I zdziwienie moje (i mechanika) było takie, że w motocyklu w zasadzie nic nie trzeba było wymieniać. Jedyne co znalazł to rozciągnięty łańcuszek rozrządu - wymieniliśmy profilaktycznie. Do tego wymiana łożyska główki ramy bo faktycznie było już luźnawe. Poza tym wymiana płynów i filtrów... to wszystko!
Zrobiłem na nim kilkanaście tysięcy kilometrów. Zrobiłbym o wiele więcej ale niestety Covid (...) i dwa sezony w Polsce. Jedyne co się przydarzyło to dwie lagi wylały. Wymieniłem opony i klocki hamulcowe. Takich rzeczy jak wymianę płynów i filtrów nie liczę bo to rzeczy oczywiste w każdym pojeździe. Do wymiany mam teraz napęd (zębatki i łańcuch) i być może znowu klocki hamulcowe. Poza tym motocykl cały czas chodzi jak szwajcarski zegareczek i ani nie próbuje dać mi jakikolwiek powód do niepokoju. Aczkolwiek wożę w bagażu zapasowy regulator napięcia. Nie wiem po co bo podobno to się w Triumphach nie pali. Ale wolę mieć i nie potrzebować niż potrzebować i nie mieć.
Jak już piszę o rzeczach technicznych to musze napisać o odkrytym silniku - brak bocznych plastików! Wygląd to wygląd - kwestia gustu. Ale uważam że jest naprawdę bardzo ładnie. Dla mnie ważniejsze jest aby dostęp do najważniejszych elementów silnika i kilku innych elementów był bezproblemowy. W VFR800 do szewskiej pasji doprowadzało mnie każdorazowe odkręcanie plastików bocznych żeby zrobić COKOLWIEK przy silniku. Nawet żeby sprawdzić poziom płynu chłodzącego trzeba było odkręcać boczki... dramat! W TT1050 tego problemu nie ma. Silnik mam na wierzchu więc jak kiedyś przyjdzie potrzeba coś w nim zrobić to większość mam na wierzchu. Tyle, że to będzie raczej sytuacja mocno awaryjna bo nie zamierzam przy tym silniku robić czegokolwiek. Oczywiście za wyjątkiem tego co trzeba z nim robić czyli wymiana oleju i filtrów. Poza tym nie ma co tam pchać paluchów bo jedyne co mogę zrobić to coś popsuć.
Z racji tego, że mam pojęcie o elektryce pojazdowej postanowiłem troszeczkę zmodernizować zachowanie tego Triumpha. A zaczęło się od jesieni, kiedy zaczęło być chłodniej. Wtedy wyszła na jaw jedna z wad Triumphów: są BARDZO wrażliwe na jakość akumulatora, potrzebują BARDZO mocnego akumulatora do rozruchu. Mój akumulator wydawał mi się całkiem OK ale jak się później okazało tylko mi się tak wydawało. Ale zanim do tego wniosku doszedłem postanowiłem, że nieco odciążę akumulator przy rozruchu. Otóż w moim Triumphie po włączeniu zapłonu od razu zapalają się światła mijania. Postanowiłem to przerobić i od tego czasu światła zapalają mi się dopiero jak pojawi się prąd ładowania (powyżej 13,5V w instalacji). Pomogło i to całkiem wyraźnie ale to nie było jeszcze to o co mi chodziło. W dalszej kolejności wywaliłem kilka gadżetów po poprzednim właścicielu, który chyba nie bardzo się orientował co robi bo wszystko na krótko popodłączał do akumulatora - wszystko to ssało prąd cały czas, również na postoju, w dzień i w nocy. Zrobiłem do tych gadżetów osobną linię sterowaną przekaźnikiem samochodowym za kilka zł. I teraz to miało sens: jak motocykl działa to jest tam zasilanie a jak silnik jest wyłączony to przekaźnik wszystko rozłącza.
Niestety, to nie dało jeszcze pełnego zadowolenia (u mnie wszystko musi działać idealnie!). Dlatego zacząłem szukać rozwiązania w Internecie. Szybko okazało się, że do mojego modelu potrzebny jest akumulator z prądem rozruchowym minimum 210A. A ja rok wcześniej zakupiłem taki, który ma 200A, czyli 10A za mało. Ale czy to robi aż taką różnicę? Po zimnej nocy tak. W okresie letnim gdzie noce nie są zimne nie ma to znaczenia ale jesienią i wiosną problem występował. Wymieniłem akumulator na żelowy, o prądzie rozruchowym 230A (i przy okazji trafił się pojemniejszy). Od tego czasu ZERO problemów z rozruchem silnika. Do motocykla powróciły gadżety, które wcześniej wywaliłem aby nie pobierały prądu z akumulatora: alarm i lokalizator GPS (które muszą być zasilane bez względu na uruchomiony silnik). Tym prostym sposobem mam egzemplarz który praktycznie nie ma żadnych istotnych wad. Oczywiście ten motocykl spełnia moje oczekiwania a to nie koniecznie będzie oznaczało, że ktoś inny będzie z niego zadowolony. Jeśli ktoś lubi często zjeżdżać z asfaltu to raczej zadowolony nie będzie bo to motocykl na asfalt. Jeśli ktoś szuka demona prędkości to tutaj też się zawiedzie. Co prawda ten motocykl ma podobne osiągi do VFR800 czyli vmax na poziomie 240 km/h ale przyspieszenie jest średnie bo to nie jest motocykl do wyścigów. oczywiście nie ma najmniejszych problemów aby skopać tyłek każdemu seryjnemu samochodowi na drodze ale z innymi motocyklami bym się nie ścigał bo to zbyt łagodny na dole silnik. Z kolei wygląd... wygląda jak wygląda, kwestia gustu. Jak dla mnie jest całkiem całkiem. Czarny matowy lakier dodatkowo robi robotę czyniąc z tego motocykla poważną maszynę a nie kolejną błyszczącą zabawkę na drodze. Tak, widzę jak ludzie się oglądają, chociaż ja za tym nie przepadam ani tym bardziej o to nie zabiegam.

Spędziłem z Triumphem już ponad 2 lata: dwa i pół sezonu. Jeśli chodzi o silnik to w dalszym ciągu uważam, że inne marki mogą się z tego motocykla uczyć tego jak się robi silniki. Po prostu majstersztyk. Ciągnie jak wolnossący diesel od samego dołu i robi to z gracją, bardzo spokojnie. Natomiast jeśli potrzeba to po prostu potrafi wystrzelić do przodu. Jak dla mnie jest to rozwiązanie perfekcyjne bo ja jeżdżę turystycznie raczej tylko po asfalcie. Więc w grę wchodzą raczej rozsądne prędkości przelotowe, które ten motocykl "łyka" bez najmniejszych czkawek. Z kolei elastyczność silnika i nieporównywalnie większy skręt koła przedniego w stosunku do VFR800 sprawia, że nie mam najmniejszych obaw przed żadną krętą i pochyłą drogą. Wiem że skrętu mam w zapasie a silnik na pewno się nie zadusi i nie potrzebuję go trzymać na wysokich obrotach. Chociaż mogę i wtedy jazda jest bardzo dynamiczna. No i ABS, który co najmniej jeden raz uratował mnie przed wywrotką - tak, znowu ktoś mi wyjechał. Z tym, że teraz nie zablokowały mi się koła a motocykl z gracją się zatrzymał jak gdyby nigdy nic. Jakby nie ABS to być może znowu bym leżał bo znowu zacisnąłem rękę na hamulcu... musze nad tym popracować!

Na koniec jeszcze napiszę komu polecam ten motocykl i dwa inne modele Triumpha:
Jeśli chodzi o TT1050 to polecam go każdemu, kto nie zamierza za bardzo zjeżdżać z asfaltu i nie ma już ochoty na ściganie się. Jedno i drugie ten motocykl potrafi ale ewidentnie nie jest do tego zaprojektowany. To motocykl uniwersalny na asfalt, gdzie przemykanie z punktu A do punktu B to po prostu zadanie, które ten motocykl realizuje szybko i sprawnie. jak do tej pory bezawaryjny. Z tego co obserwuję kilka grup na FB to jak ktoś łap nie wpycha w silnik to nie ma problemów z motocyklem. Jak ktoś lubi grzebać w silniku to raczej powinien poszukać czegoś innego.
A jeśli ktoś lubi zjeżdżać z asfaltu i podróżować po szutrach to polecam dwa modele, oba to też Triumph Tiger: 800/900 albo 1200/1250 (w zależności od rocznika). Oba modele są motocyklami typu adventure. Czyli żaden rodzaj nawierzchni im nie straszny. Mają tak skonstruowane i dostrojone zawieszenie, że po szutrach śmiga się podobnie jak po asfalcie. 800/900tka oczywiście jest mniejsza i słabsza (dzisiaj właśnie takiego bym kupił) a z kolei 1200/1250 to motocykl, w którym nie ma kompromisów - można z nim się wybrać na koniec świata (i to dosłownie) i na 99% nic mu się nie stanie. Mocy nie zabraknie na pewno. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że jest on dość wysoki i ciężki... więc tym razem nie dla mnie. Oczami bym go brał w ciemno ale rozum jednoznacznie wskazuje że nie z tymi krótkimi nóżkami... Za to 800tką już jechałem i jest po prostu MEGA! Świetnie się czułem na asfalcie jak i poza asfaltem. Na autostradzie jechałem bez szaleństw ale też bez oszczędzania... i spalanie na poziomie 3,6l/100km, nie do osiągnięcia przez mojego TT1050 jak i TT1200/1250. Między innymi dlatego jakbym dzisiaj miał kupować motocykl to raczej byłby to Triumph Tiger 800, ewentualnie 900 (nie jeździłem ale podejrzewam, ze jest tylko ciut mocniejszy za to sporo więcej spala więc nie wiem czy warto). Jeśli za jakiś czas będę sprzedawał 1050 to następny raczej będzie 800tka... a może dorosnę do 1200? Póki co na moim TT1050 mam spalanie w trasie na poziomie 4,5l/100km a w mieście... 7-8... pojemność musi swoje wciągnąć, nie ma innej możliwości. Nie określam tego jako wadę, tak po prostu jest i musi tak być. Trzeba się z tym pogodzić.

Nie jestem związany z marką Triumph w żaden biznesowy sposób i niczego nie mam z tego że ich chwalę. Ale będę go chwalił bo mam w zwyczaju chwalić to co dobre, tak po prostu (i suchej nitki nie zostawiam na tym co złe i przereklamowane!). Z marką Triumph spotkałem się pierwszy raz jak kupiłem go dla siebie. Wcześniej miałem Junaka 125cc i VFR800 ale jeździłem sporadycznie na kilku innych modelach jeśli właściciel na to pozwolił. Jakieś tam porównanie mam. Jeśli chodzi o jakość wykonania, dopracowanie szczegółów to Triumph nie ma się do czego doczepić. Każdy element jest dokładnie przemyślany i nie ma tutaj przypadków albo czegoś co nie jest potrzebne. Materiały jakie zostały użyte w moim motocyklu są z górnej półki co nie znaczy, że w czasie jakiejś naprawy musze się liczyć z rachunkiem w wersji premium. Jak do tej pory to co wymieniałem w motocyklu kosztowało mnie porównywalnie tyle samo co w podobnych motocyklach "japońskich". A jakość motocykla jest naprawdę wysoka. Jeśli byłyby jakieś niedociągnięcia to od razu bym o tym wspomniał bo nie mam żadnego interesu w tym żeby to przemilczeć. Po prostu motocykl jest mega wysokiej jakości i jest jak do tej pory całkowicie bezawaryjny. Ja dla mnie ideał.
Pytałem swojego mechanika jak jest z częściami w razie czego. On tez jeździ Triumphem (Street). Powiedział mi, ze to motocykl produkowany w Europie, bez udziwnień jak w BMW więc naprawy podejmie się każdy warsztat. A jeśli chodzi o części zamienne to są one dostępne maksymalnie do 24 godzin w każdym miejscu w Europie. Jeśli trafi się na jakieś nietypowe rzeczy to maksymalnie do 72 godzin bo trzeba je ściągać z UK od producenta. Ale cała reszta i osprzęt jest osiągalna od razu bo to są rzeczy, które są powszechnie stosowane w wielu innych motocyklach i innych sprzętach, nie ma z tym problemów.

W moim przypadku zasada trzeciego motocykla się sprawdziła:
Pierwszy motocykl kupiłem sercem. Drugi kupiłem oczami. A trzeci motocykl kupiłem rozumem. Niestety, raczej nie ma szans aby od razu zakupić motocykl "ten właściwy" za pierwszym razem. Po prostu człowiek na początku nie ma wiedzy i tak naprawdę nie wie czego szukać i na co zwracać uwagę. Do tego mylące sugestie internetowe... również ta, którą właśnie czytasz! Tak. Nikt oprócz Ciebie nie wie jakiego potrzebuje motocykla. Na początku nawet Ty sam tego nie wiesz. Dlatego nie ma innej drogi jak "trzy motocykle". Zawsze.



ODPOWIEDZ